ROZDZIAŁ 1
13 lipca 1986 r.
Zmierzch nad Pustynią Mojave nadchodził jak
kurtyna – ciężka, rdzawa, opadająca gwałtownie i bezszelestnie. Słońce nie
chowało się z godnością, lecz raczej umierało z jękiem pozostawiając po sobie
purpurową smugę na niebie i dogorywało na tle poszarpanego horyzontu.
Steve i Manny szli już od kilku godzin, a prowizoryczna
mapa drżała w dłoni Steve'a, jakby sama nie chciała wskazywać kierunku. Droga,
której nie było na żadnym oficjalnym szlaku, prowadziła ich coraz głębiej w
pustynną ciszę, aż krajobraz zaczął się zmieniać. Przed nimi jak spod ziemi
wyrosły cztery wzniesienia, których układ był podejrzanie symetryczny. Jakby
coś je tu ustawiło. I to celowo.
Czując
się niezbyt pewnie, ruszyli na szczyt wzniesienia, które niby nie było trudne
do pokonania, jednakże sprawiało im kłopoty. Nie fizyczne, lecz jakby
podświadomość próbowała ich powstrzymać. Przez dłuższą chwilę wdrapywali się na
ostatnią skalną półkę, nie wiedząc, że około pół kilometra na północ, w jednej
z wydrążonych skał znajduje się zamaskowana brama wjazdowa. Nikt o tym nie
wiedział, dlatego krążyły plotki i opowieści o "bramach
teleportacyjnych", które prowadziły do wnętrza tego górzystego okręgu. Steve
i Manny słysząc to, zapalili się do wyprawy, by odkryć, co takiego tajemniczego
jest pośrodku pustynnych gór i czy plotki mogłyby okazać się prawdą?
Chłopcy
stanęli na szczycie i spojrzeli w dół, zapominając o ostrzeżeniach i
opowieściach starych pustelników, którzy pamiętali początki historii tego
miejsca. Pomiędzy górami leżała dolina, kształtem przypominająca skalną misę
pełną ciemności, która zdawała się pochłaniać ostatnie światło dnia. Cienie skalistych
ścian oplatały dolinę niczym pazury martwego olbrzyma, a w dusznym bezruchu
powietrza czuć było tylko popiół i kurz. Jedni określiliby to miejsce rozpadliskiem
wyglądającym jak lej po uderzeniu meteorytu. „Piekielny Kocioł” – tak nazywali
dolinę ci, którzy ocaleli; ci, którzy byli na tyle rozsądni, aby nie
przekraczać niepisanej bariery czterech przerażających wzgórz. Starzy
opowiadali o tajemniczych zaginięciach w ich okolicy. Kto raz zabłądził na
"piekielnych piaskach", ten już nigdy nie wracał. „Piekielny Kocioł”
pochłaniał ich, nie zostawiając nawet najmniejszego śladu. Czasem gdzieś pośród
spękanej gorącem powierzchni i kilku wysuszonych kaktusów znaleziono parę
osobistych rzeczy typu telefon, mapa, zapalniczka czy okulary. I nic więcej.
Ślady urywały się u podnóży wzniesień, ale mało kto miał odwagę zejść do
wnętrza gór i sprawdzić, czy biegną dalej po drugiej stronie.
Steve i
Manny spojrzeli po sobie i podjęli decyzję – raz kozie śmierć. Wejdą, zrobią
nagranie i wyjdą – prosta sprawa. Nie zamierzali posuwać się dalej niż to
konieczne, chociaż już stojąc na szczycie, czuli, że przekroczyli granicę.
Zejście do wnętrza Kotła było jak wejście do innego świata. Manny przełknął
głośno ślinę i z wahaniem ruszył za kolegą. Schodzili w dół ostrożnie, jakby
chcieli zostawić sobie szansę na wycofanie się. Im niżej tym bardziej powietrze
stawało się chłodniejsze, a zmierzch wcale nie przynosił ulgi, lecz jeszcze
głębszy niepokój. Rozejrzeli się dookoła. Skały, czarne niczym spalone kości
tworzyły naturalny amfiteatr, w którego centrum znajdowała się stara, porzucona
stacja meteorologiczna – jak relikt po apokalipsie.
Gdy wreszcie stanęli na dnie doliny, Steve złapał
gwałtownie Manny'ego za rękę i szepnął:
– Czujesz?
Jego kolega z przerażeniem pokiwał głową.
– Trzęsienie ziemi? – zapytał drżącym głosem.
– Nie sądzę – Steve przyłożył dłoń do spękanej ziemi. –
Tak jakby coś tam było, pod nami.
Manny zaczął się trząść i jąkać:
– Nnie... ppotrzebbnie tu pprzyszliśmy...
Steve
przeszedł kilka kroków w stronę stacji, a Manny aż jęknął z przerażenia
ściskając w rękach włączoną kamerę vhs. Na drżących nogach podreptał za
Steve'm, ale miał wrażenie, że ktoś lub coś go obserwuje. Podeszli jeszcze
dziesięć metrów bliżej i ujrzeli coś niezwykłego. Przed nimi, na powierzchni
ziemi promieniście rozchodziły się pęknięcia, które wyglądały jak wypalone
ogniem ślady. Steve rozejrzał się dookoła ze zdumieniem. Cienie wewnątrz Kotła
zdawały się poruszać wbrew logice światła.
– Nagrywasz? – zapytał półgłosem Manny'ego.
– Tak, ale dziwnie się czuję – odszepnął. – Jakby coś
kazało mi wybierać między wejściem a ucieczką. Chodźmy stąd Steve, to miejsce
jest naprawdę przeklęte.
Steve stanął przodem do kamery i powiedział:
– Znajdujemy się na dnie „Piekielnego Kotła”. Za moimi
plecami widzicie starą stację meteorologiczną. Jest zardzewiała, poskręcana jak
wrak czołgu i sterczy samotnie na tle ciemniejącego nieba. Jej anteny nie
powinny się poruszać, a jednak obracają się wokół. Pod ziemią coś się porusza,
ale cisza jaka tu panuje jest nie do opisania. Nie słychać nawet obracającej
się anteny, tak jakby dźwięk w tym miejscu został kompletnie zagłuszony.
Manny
nagrywał go i w miarę jak Steve przesuwał się bliżej stacji, Manny podążał za
nim. Jakby coś przyciągało ich obu, a oni nawet nie zdawali sobie z tego
sprawy.
– Skoro niczego tu nie ma, to zajrzymy jednak do stacji.
Zobaczymy, czy faktycznie jest się czego.... – Steve urwał widząc przerażoną
twarz Manny'ego.
Manny
zastygł w bezruchu, pokazując palcem na coś za plecami kolegi. Ten odwócił się
i zachłysnął z wrażenia. Za nim ponad stacją unosiła się szmaragdowa poświata,
która zaczęła się niespodziewanie – najpierw subtelnie, ostrożnie. Potem
zgęstniała i zaczęła pulsować, a jej rozmiar zdawał się powiększać i
niespotykanie szybkim tempie zbliżać do chłopców. Rozległ się upiorny krzyk i
wszystko ustało. Na ziemi leżała tylko kamera, na której nagranie kończyło się
migawką czegoś co przypominało przezroczystą kopułę zawieszoną tuż nad ziemią.
Na taśmie po nagraniu pozostały tylko trzaski, zielony błysk i sześć sekund
ciszy. Po chłopcach nie było ani śladu. Tydzień później znaleziono samochód
Ford Bronco, porzucony około kilometra od tajemniczego miejsca i częściowo przysypany
piaskiem.
„Piekielny
Kocioł” został wpisany w lokalne legendy jako " Punkt Zero" –
miejsce, gdzie dźwięki znikają, czas płynie inaczej, a nocą pojawia się zielony
błysk. Miejscowi uczą dzieci, by się tam nie zbliżały, ale to nie pomaga. Co
jakiś czas ktoś rusza na pustynię i nigdy nie wraca.
Ludzie
mówią, że czasami o zmierzchu ponad wzniesieniami, widać zieloną poświatę,
która pojawia się tuż ponad szczytami. Migocze przez kilka sekund, po czym
znika. Ci, którzy to widzieli przysięgają, że w środku widać twarze, a inni, że
słychać szepty, które echem niosą się po pustyni.
Czy
kiedykolwiek poznamy prawdę? Co tak naprawdę kryje się w „Piekielnym Kotle”?